wtorek, 29 grudnia 2015

10

Nadchodzi ta pora, o której
muszę spotkać z resztą,
czyli pięcioma osobami,
które mi zostały.

Czekałam w parku na wszystkich.



*godzina później*

- Pewnie zastanawiacie się, dlaczego was tu zebrałam... - odezwałam się.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
- Tak, to ja zostawiłam tę kartkę. Musimy coś załatwić, drodzy przyjaciele - uśmiechałam się cały czas.
- Gdybym wiedziała, że to ty... - zaczęła Cassie.
-... To nie przyszłabyś? - skończyłam.
- Tak, dokładnie. I po co nas tu ściągnęłaś? - pytała Cassie.
- Spokojnie wszystko wam wytłumaczę.



*dwa dni potem*

*Sophie*


Wracam z imprezy u Maddy'ego.
Idę chwiejąc się.
Trochę się opiłam.
Ale na imprezach trzeba szaleć.



Spoglądam na wprost siebie.
Widzę trzy osoby...
Chwila wszystkie to Megan.
Mrugałam po kilka razy, żeby odzyskać wzrok.

Po chwili ujrzałam 5 osób.
I to już byli: Grace, Lucy, Andy, Madison, Sam.

- Siemano! Kope lat! - odezwała się Meg.
- A ty...? Co tutaj robisz? - wymamrotałam.
- Wspominałam ci już, że się spotkamy?
Po chwili nogi odmówiły mi posłuszeństwa.
Opadłam z sił.
- Nie... nie pamiętam - wyszeptałam.
- Tak? A to szkoda! O, wiesz co sobie przypomniałam? - tryskała energią.
-  Co?
- Wspominałaś coś o truciźnie, prawda?
- Tak.
- To chyba sobie koleżanko pomyliłaś drinki.
- Co?!
- No dobra, swoje już wyjaśniłam. Teraz pora na tamtą piątkę. Nie wysilaj się już, bo opadłaś z sił już dawno. Wiem, że ich pamiętasz i teraz oddaję cię im. Zajmijcie się nią.



- Hej, Sophie! - krzyknęli razem.
- Żegnaj, Sophie - poszła uśmiechając się.

Piątka się rozdzieliła, kazali trójce: Grace, Madison i Andy - pilnować mnie.
A pozostała dwójka, poszła i po ok. niecałych 10 minutach wrócili.
A z czym?
Wanną pełną wody.
Kazali mi tam wejść.



Chciałam uciec, ale nic z tego.
Zagrodzona droga,
a po drugie związali mnie.
Nie ma wyjścia.

Muszę się z tym pogodzić.
Poddałam się.
Żegnajcie.

środa, 2 grudnia 2015

9

*Megan*

Przez całą drogę milczeliśmy.
Spoglądałam w okno.
Myślałam... co będzie dalej?
Uspokoiłam się tylko na chwilę.
Gdy weszłam do pokoju rzuciłam wszystkim.
Ogarnęła mną agresja.
Nie wiem, co jest.
Czemu tak jest.
Po prostu nienawidzę.
Kogo?
Siebie.
Tydzień temu było rzeczywiście okej.
Tylko teraz popełniłam strasznie okropny błąd.
Jak ja, jako przyjaciółka, mogłam na to pozwolić?
Dlaczego miałabym na to pozwolić?
Wcale nie jest okej.
Potrzebuję czegoś...
mocnego?
Tak bardzo tego potrzebuję.
Chyba najbardziej na świecie tego, by
ktoś podszedł do mnie,
przytulił i powiedział coś prostego.
Coś, co uniesie człowieka w nadziei
na lepsze życie.





A ja jak narazie myślę...
Zadużyć się w środkach i odlecieć na chwilę...

* następnego dnia, 8.00 *

Zeszłam na dół, by zrobić sobie śniadanie.
Maks był w kuchni.

Chwila.
Co on tu robi?




- Hej! Nie pomyliłeś czegoś? - odezwałam się, nawet cieszę się jego obecnością.
- Cześć. Czekałem na ciebie.
- Tak? Coś się stało?
- Nic szczególnego. Przyszłem, ponieważ chcę ci dać jakieś wsparcie, pomoc. Nie chcę zostawiać cię samej w takiej sytuacji.
- Dziękuję, naprawdę.
- Wiesz, że jutro jest pogrzeb?
- Wiem. 
- Zrobiłem ci śniadanie.
- Nie musiałeś, wystarczy mi twoja obecność. Naprawdę.

Uśmiechnął się.

- Tak naprawdę znaczysz dla mnie wiele, niż możesz sobie to wyobrazić, Megan.
- A mówiłam ci, że cię kocham?





I znów na jego twarzy pojawił się ten piękny uśmiech.

Przytulił mnie i zaczął całować po szyi.

- Mówiłaś.

Delikatnie musnęłam jego usta.

*jutro*

- Jesteś gotowa? - spytał Maks.
- Chyba tak.

Stałam przed lustrem.
Nie dowierzałam oczom, że ja 

jako przyjaciółka
mogłam pozwolić na takie okropieństwo.
Jestem zła.
Do oczu napływały mi łzy.




- Chodźmy - ledwo wymamrotałam. Nie chcę by Maks widział, że płacze.

*po 2 godzinach*

Wróciłam z pogrzebu.
Jakoś namówiłam Maksa by nie zostawał się u mnie.

Weszłam do kuchni i ujrzałam jakąś kartkę na stole.
Waham się.
Co to może być?
Zamknęłam oczy i otworzyłam ją, i po chwili oczy.

,,Przyjdź jutro o 16.30 pod most. Będę czekał.
Maks."

Pierwsze pytanie jakie mi się nasunęło, to ,,po co?".
Ma coś ważnego do przekazania?
Nie mógł tego dziś zrobić?






*po godzinie*

Zrobiłam sobie kolacje.
Pomyślałam, że zrobię coś na fejsie.
Może... Poprzeglądam znajomych?
Doskonały pomysł!

Weszłam w listę znajomych.
Po chwili ukazuje mi się Sara.
Znów te łzy powracają.
Weszłam na jej tablicę.
Była cała zapełniona wpisami typu:
,,[*]", ,,spoczywaj w spokoju" oraz wstawiali z nią zdjęcia ze smutnymi buźkami w poście.
Oczywiście hejty też były.

Spisałam listę osób, które mam dorwać.
Nie będą jej wyzywać, nawet jej nie znali.

Dobija godzina 23.59. 

Napisałam do Maksa, że pożyczam jego samochód. 
W szybkim tempie odpisał mi na to ,,ok''.

Ruszyłam pod jego dom i wsiadłam do auta.
Dokładnie to 6 osób muszę odwiedzić.
Pierwsza nazywa się Sophie.
Miałam już z nią do czynienia.
Pewnie się ucieszy na mój widok.




Zapukałam do jej drzwi.
Otwarła je staruszka.

 - Dobry wieczór, zastałam Sophie?
- A coś ty za jedna? O tej porze chcesz ją odwiedzać? - jej głos był stanowczy i budził strach. Ale od śmierci Sary - niczego się już nie boję.
- Przepraszam, że o tej godzinie, ale mam bardzo ważną sprawę...
- Ale nie pokazuj mi się tu więcej. Wchodź.

Weszłam do środka.
Nic się nie zmieniło.
Chyba wymieniła TV na duży z 5 000 000 pikselami.
Tak, są już takie.


Weszłam po schodach na górę.
Tak, przyjaźniłam się z nią i wiem, gdzie jej szukać.
Stanęłam przed drzwiami i nie zamierzam pukać.
Po chwili już nie było drzwi.
Tak, to moja sprawka.
W pokoju znajdowała się Sophie i jakiś chłopak.

- Sophie! No cześć! Jak dobrze cię znów widzieć! - podeszłam do nich pewnym krokiem.
- Laska, puka się - odezwał się on.
- Nie mam zamiaru pukać, jak ty ją.

Zawstydzony wyszedł z pokoju.

- Czego? - wrzasnęła Soph.
- Co, czego? Nie cieszysz się na mój widok? - na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
Fałszywy uśmiech.
- Gadaj czego chcesz.
- Czego chce? Napewno gwiazdki z nieba

.



Po chwili wyciągnęłam nóź i przyłożyłam jej do gardła.
Głośno przełknęła ślinę.
A jej źrenice zrobiły się tak duże, że prawie nie widać teczówki.
Strach robi swoje.

- Słuchaj, mała. Jak chcesz żyć szczęśliwie, to najlepiej nie zadzieraj ze mną.
- Co znowu zrobiłam? - ledwo wymówiła to zdanie.
- Jak zwykle nic nie wiesz. Nic nie zmieniłaś się, laleczko. Dalej jesteś pusta.
- Jeżeli nie odłożysz tego, to będziesz to ty miała kłopoty.
Pociągnęłam ją za włosy, ale nie puściłam.
- Jak wiesz, napisałaś o Sarze piękne słowa na fejsie. Wiem, że to ty się przyczyniłaś do jej śmierci.
- Dobra, napisałam. Ale do jej śmierci - nie.
Wzmocniłam uścisk.
Zapiszczała z bólu.

- Nie daruje ci tego, ugh. Dałam jej śladowe ilości trucizny. Ale specjalnie tylko, żeby się źle poczuła, a nie umarła.
- To ja ci tego nie daruje. Pilnuj się złotko.

Przejechałam nożem po jej gardle, ale nie skaleczyłam.




Wyszłam z jej domu.
Reszcie zostawie list, by przyszli do parku.
Załatwie sprawę po swojemu.
A Sophie?



Czeka ją niespodzianka za dwa dni.

W drodze do domu, zapaliłam by się odprężyć.




poniedziałek, 30 listopada 2015

8

*Megan* 

Obudziłam się. Leżałam w łóżku.
Jeju, ale piękny sen miałam.
Właśnie sobie aż przypomniałam, że jutro mają mnie wypisać, no i akurat jutro są urodziny Sary.
Hot siedemnastka.

Czuję wibracje.
Oh, zapomniałam.
Zasnęłam z telefonem na brzuchu.
Zaglądam w ekran.
Wyświetla się napis
"Sara dzwoni".
Naciskam zieloną słuchawkę
.
- Halo? - odzywam się pierwsza.
- No cześć! - krzyknęła do słuchawki, że aż musiałam rzucić telefonem.
Kiedy go znajduje, przykładam go do ucha.
- No. Co tam? Dzięki tobie prawie mój telefon zaginął.
- Haha! Nie ma za co! Słuchaj. Myślałam, że śpisz. Ale to dobrze, że już się obudziłaś. Akurat z Maksem byliśmy w Biedronce i wracamy z zakupów i wpadliśmy na pomysł, że odwiedzimy cię po drodze.
- O to super. To wiecie ja idę się ogarnąć.

Weszłam do pomieszczenia, tzw. "łazienka". 
Umyłam twarz. 
Ogarniało mnie szczęście. 




Wyszłam z łazienki i ujrzałam w drzwiach Sarę z Maksem. 
Maks trzymał bukiet róż i reklamówki.
Sara się uśmiechała.

Oboje podeszli do mnie. 

- To dla mnie? - spytałam Maksa.
- Nie. Widzisz tę pielęgniarkę w rogu? - wskazał palcem.
Wciąż się uśmiechał i miał w oczach szczęście.
Przytaknęłam.
- To dla niej - dokończył.

Po chwili wszyscy płakaliśmy ze śmiechu.
Po czym wręczył mi piękny bukiet róż i dał mi buziaka.

- Zapomniałeś? Nie lubię róż.
- Jak to? - zrobił smutną minę.
- Ale kocham twoje dołeczki.
Uśmiechnął się.





Sara wyciągnęła z reklamówki Żubrówkę.

- A to też dla mnie, prawda?
Specjalnie machnęłam włosy ręką.
- Nie. Dla ciebie specjalnie kupiłam... - sięgnęła do reklamówki.
Wyciągnęła Piccolo.
- To! - krzyknęła prawie.
- Ach, nadal pamiętasz... Wtedy na tej imprezie u Grubego (tak, to przezwisko), co się upiłam Piccolo.

Maks nie wytrzymał i zaczął się śmiać.





- A właściwie, co my tu jeszcze robimy? Megan? - odezwał się Maks.
- Tak?
- Zapomniałaś?
- O czym?
- Dzisiaj cię wypisują, głuptasku - tym razem odezwała się Sara.
- Ale jak to?!
- Lekarz stwiedził, że nie potrzebnie będą cię tu przetrzymywać, więc powiedział nam, byśmy zrobili ci niespodziankę - Maks uścisnął mnie.
Po chwili zorientowałam się, że idziemy do wyjścia.
I nie, wcale mnie nie puścił. 
Nosił mnie aż do wyjścia.

- Maks, proszę. Moje jelita nie lubią masaży.,.

*jutro, godzina 18.01*




- Co puścić? - spytała Sara.
- Nie wiem, na pewno nie disco polo - odpowiedziałam.
- Dobra, a to może być?

Puściła fragment tego utworu:

- Tak.
- Dobra, to wezmę playlistę tego typu.

Impreza była udana, dopóki Sarze nie odbiło.
Tyle wypiła, że prawie nie mogła ustać na nogach.
Potem wysypała prochy na stół.


- Sara! Oszalałaś? - wrzasnęłam, bo inaczej się nie dało.
- Mała, weź se siana, hahaha - tylko tyle zdołałam usłyszeć.


Mamrotała jeszcze pod nosem różne dziwne rzeczy.
Problem w tym, że nic nie rozumiałam.

Poza tym próbowałam jakoś zniszczyć te prochy,
ale ona miała duży zapas...

Po chwili wciągnęła zawartość leżącą na stole.


- Boże, Sara! Głupia jesteś?!
- Tylko nie to... przecież ona zaraz odleci - usłyszałam Maksa, jest nie dobrze. Mówi głosem przerażenia.
- Zróbmy coś! Nie wiem dokładnie, co to za prochy, ale być możliwe, że amfetamina.
- No tak, tylko, że jeszcze pójdzie za to siedzieć...

- To chyba lepsze to niż... - otrząsnęłam się i spojrzałam na stół.





Dotarło do mnie, że przecież nie mogła tak szybko ucichnąć,

a tym bardziej zasnąć.
- Sara? - poklepałam ją po policzku.


Nie ruszała się, więc potrząsnęłam nią.
Z oczu zaczęły mi lecieć łzy.

I to cholerne uczucie zaczęło narastać.
Uczucie bezradności.
Uczucie gniewu, nienawiści do samej siebie.

- Sara?! Proszę, powiedz, że żyjesz...


Maks był oszołomiony.


- Jezu, nie... Zadzwoń po pogotowie! SZYBKO!



*kilka godzin później*


 Dochodzi do 22.00.
Właśnie rozmawiamy z lekarzem.


- Niestety, wasza koleżanka, spożyła zbyt dużą ilość alkoholu i przedawkowała z amfetaminą. Czekamy na dalsze wyniki. Jej organizm nie wytrzymał... - mówił lekarz, a ja nie mogłam dłużej tego słuchać. Nie!


Wybiegłam z płaczem na ulice i zaczęłam się drzeć.


- Sara! Dlaczego? - ledwo wymamrotałam.


Maks przybiegł i siłą zaciągnął mnie do auta.
Tak, miał już prawo jazdy.
Ja nie chciałam widzieć go nawet.
Wyrywałam mu się z rąk, ale to nic nie dało.
Był silniejszy ode mnie.





Miałam ochotę:
rozpłakać się,

wysypać prochy,
dużo Mocarza,
dużo amfetaminy,
kokainy,
innych chemikaliów,
pociąć się,
najlepiej w wannie,
krew mnie uspokaja,
albo zasnąć,
wziąć dużą dawkę
leków nasennych...

I właściwie zadałam sobie pytanie: ,,Po co to wszystko?"

Zamiast się zabijać, idiotko

Powinnaś raczej coś robić.
Odmienić się.

Przestać brać.
Skłaniać ludzi do dobrego.
Ale nie, bo ja oczywiście ich nienawidzę.
Z pozoru niby miła,
a tam w środku wykluwa się
coś...
- Puść mnie!
- Nie! Jedziemy do twojego domu.



I od tego dnia wszystko się zmieniło...
Wszystko było inne.
To nie ja.
Teraz jestem już tylko kimś innym.
Kim?
Tego jeszcze nie wiem.







piątek, 18 września 2015

7

* Maks *
Znajdujemy się w szpitalu.
Czuć szpitalem.
Wygląd, no jak to wiadomo - szpitalny.
Szpital, szpital, szpital.
Aż to słowo zbrzydło.

Megan leży na łóżku, a ja
siedzę obok niej.
Sara stoi w drzwiach.
Jej oczy się świecą.
Dziś chyba z osiem razy płakała.

- Co teraz? Znaleźliśmy ją, a raczej ona nas - odezwała się Sara. W jej głosie było słychać bezradność.
Znam ten ból.

- Teraz? Czekamy... - odpowiedziałem i spojrzałem na Meg. Trzymam ją za dłoń i nie zamierzam puścić.
Chcę budzić się obok niej.
Zasypiać przy niej.
Po prostu być obok.



- Maks... Ja już nie wytrzymam znowu... To chyba jedenasta paczka chusteczek.
- Może zrobimy tak, że ja zostanę, a ty pójdziesz się ogarnąć.
- W sumie niezły pomysł. Możemy się tak zmieniać.
- O to nawet fajnie. Ej, zaraz rodzice jej przyjadą.
- To może poczekam jeszcze na nich.

Po chwili w drzwiach obok Sary zjawia się doktor.
A za nim rodzice Megan.

- Hm, państwa córka jeszcze śpi - oznajmił i podszedł do łóżka.
- Ale z nią... wszystko dobrze? - odezwała się jej mama.
- Tak, tak. Na szczęście to nic złego. Jest trochę potłuczona. Kierowca jechał w miare wolno.
- Bogu dzięki! - krzyknęła starsza kobieta i spojrzała w sufit.

Popatrzałem na Sarę.
Pokazała mi gestem, że już idzie. Przytaknąłem.
- Do widzenia - pożegnała się.

* godzina 18.00 *

- Maks? - do mojej świadomości dociera, że ktoś mówi.
Otrząsnąłem się.
- Tak?
Powoli otwieram oczy.
Rozglądam się po sali.
Nikogo nie ma...
Spojrzałem na ukochaną.

- Megan? Megan! - krzyknąłem.
Zapatrzona we mnie uśmiechnęła się.

Jestem tak cholernie szczęśliwy.

- Nie wiedziałam, że mnie szukaliście... - mówi półgłosem.
- Nie kończ. Kocham Cię.



Uśmiechnęła się.

* 10 min. temu *

* Megan *

 ~ Obudziłam się. Wszędzie promienie słońca.
Oświetlają mój pokój.
Zauważyłam, że na moim łóżku siedzi Maks.
Usiadłam obok niego.
I wtuliłam się w niego.
Mogłabym tak słuchać cały czas bicia jego serca.
To jak muzyka.
Kocham te bity. ~

* * *
To na początku znowu przeproszę za to,
że nie ma zdjęć w poście.
No bo internet -,-"
Aww, rozdział niespodziewany, prawdaż?
Sama nie wiedziałam, że go napiszę.
No dobrze, więc następny rozdział też nie wiem, 
kiedy napiszę.
No wiecie, szkoła:)))
Dziękuję <3

sobota, 12 września 2015

6

* godzina 16.30 *

Kierunek: Kraków.

- Gotowa? - spytałem Sary, która ciągła dwie walizki.
- Chyba tak.
- Dziewczyno po co ci aż dwie walizki?
- Jestem kobietą, to chyba jasne.
- Dobra, nie ważne.

Dotarliśmy na peron. Za 10 minut będzie pociąg.

- A ty dlaczego masz plecak? - spytała tyrpając mnie łokciem.
- Bo jestem mężczyzną, to chyba jasne, nie?

Po pięciu minutach zakumała i zaczęła się tak głośno śmiać, że ludzie zaczęli zatykać uszy.

- O, chyba wsiadamy - ocknęła się.

Pomogłem jej z walizkami.
Wsiedliśmy do wagonu drugiego, przedziału piątego.
Będziemy jechali z trzy i pół godziny.
Mamy moc.
Nie poddajemy się.
Nie możemy.
To jest ta siła.
I my ją mamy.



*Megan*

Mój cel to Radom.
Mój plan zaczyna działać.
Czuję, że bliskie osoby szukają mnie.
Nikt do mnie nie dzwoni.
To znaczy... pewnie ktoś chciał nawiązać ze mną kontakt, ale zmieniłam telefon i jego numer.
Martwie się o mame.
Ona o wszystkim wie.
Co zamierzam zrobić.
Jest świetną aktorką,
Prawda?

Za pięć godzin będę na miejscu.

Chciałabym coś zmienić.
Zaczęłam od makijażu: używam rozświetlacza i bronzera, bo różu nie lubię.
Wyglądam przez okno.
To wszystko tak szybko mija.
To świetnie ukazuje czas.
Mijający czas.
"Mijamy się".

W całą tę podróż zapakowałam pełno jedzenia, ciuchów i chyba tyle.
Mam cały zapas muzyki.
Playlista, która ma 2 564 piosenek.
A to tylko dubstepy i techno.
Słuchawki i mówię światu "pa pa".

* pięć godzin później *

Jest godzina 21.15.
Zaraz wysiadam.
Za oknem ciemność.
Na szczęście z pociągu idę prosto do noclegu.
Zamierzam tutaj spędzić tydzień.
Chcę mieć wspomnienia.
Chcę pobyć sama ze sobą.
Ale brakuje mi bliskich osób.

* godzina 23.00 *



Leżę w łóżku.
Próbuję zasnąć.
Ale ktoś za oknem coś gada,
 krzyczy i nie da się.
Strach mnie obejmuje.
Czuję, że ktoś mi zaraz wparuje do pokoju.
O kurde!
Zerwałam się szybko z łóżka by sprawdzić, czy zamknęłam drzwi.
Były otwarte.
Wzięłam klucz i zamknęłam.
Następnie powędrowałam do łóżka i nawet nie pamiętam kiedy zasnęłam.

* Maks *

Obudziłem się o 12.00.
Jesteśmy w Krakowie.
Będziemy tutaj z trzy lub cztery dni.
Potem zawita nas Warszawa.

- Co już nie śpisz? - obudziła się Sara.
- No nie śpie - odpowiedziałem.
- Dobra, to chociaż mi daj spać i nie gadaj do siebie.

Zgasiła mnie...

* Megan *

* godzina 16.30 *

Jestem w centrum Radomia.
To tam, gdzie powinnam być od dawna.
A za tydzień Katowice zawitają.
Nie brałam dużej sumy pieniędzy, bo to mi nie potrzebne.
Chodzę po lasach, krzakach, bo to lubię.
Ale teraz zaczynam myśleć co z Maksem i Sarą, no i oczywiście moją mamą...
Źle się z tym czuję, ale jakoś i ja i oni przeżyją.
Mam tylko nadzieję, że nie zadzwonili jednak po policję.
Ale ufam mojej mamie.

A Maks? Mój chłopak?
Myślę, że cierpi, ale jak się kocha, to się pocierpi...
Mówię, jakbym była psychicznie chora.
Zresztą taki był mój plan.
Zbliża się 19.00
Wychodzę z lasu i idę do mojego noclegu.

* Sara *

Jesteśmy w restauracji, kupujemy jakieś najtańsze jedzenie,bo musimy oszczędzać trochę. Tak na wszelki wypadek.
Potem pójdziemy do noclegu i znowu prześpimy noc.
Po zjedzeniu pysznego obiadu, postanowiliśmy pójść.
A gdzie?
Do lasu.
Nasza kochana Megan, kocha lasy. Taka jest jej natura.

* godzina 17.01 *

Znajdujemy się w lesie.
Powoli robi się ciemno, ale właśnie, wtedy Megan buszuje w krzakach.

Postanowiliśmy z Maksem, że się rozdzielimy. Ja w tą stronę, a on w przeciwną.
I nie oddalamy się zabardzo.
Mamy być tutaj za pół godziny.
Dobra, zaczęłam szukać.
Zawsze muszę napotkać pajęczynę. No zawsze!
Boże jak ja znajdę jakąś tarantulę to dam Megan w prezencie na urodziny, bo ma za 3 dni.

Słyszę czyjeś szepty, a po chwili dotyk na karku. Odwracam się i lustruję postać stojącą przede mną.

- Maks? To ty? - odzywam się, wmawiając sobie, że to Maks.
- Sara. Przestraszyłem się.
- Boże Maks... Ty mnie też.
- Wiesz co, może chodźmy, bo za niedługo dobija 18.00.
- Co? To już?
- No tak.

Złapałam go za nadgarstek i wybiegliśmy z lasu.

- No to, czego się przestraszyłeś? - spytałam.
- Słyszałem szepty i potem biegłem w twoją stronę.

Po chwili słyszymy wrzask.

- Uciekajmy! - krzyknął Maks.

Biegnę ile sił w nogach.
Maks za mną.
Po 15 minutach znajdujemy się w centrum Krakowa.
Siadam zadyszana na jakimś krawężniku.
Po chwili dociera do mnie Maks.

- Nigdy więcej - oznajmiłam.

Potem spokojnie i bezpiecznie dotarliśmy o 19.00 do noclegu.

* tydzień temu *

* Maks *

To jesteśmy już w Warszawie
Już jest po urodzinach Meg.Wciąż mam nadzieję, że ją znajdziemy.

- Co chcesz? Jagodowego czy o smaku gumy balonowej?

Sara wybiera lody. Dziś ma być ponad 30 stopni.

- Yhmm, poproszę o smaku gumy.
- To ja jagodowego chce - zdecydowała Sara.

Potem postanowiliśmy, że pójdziemy do Złotych.
Pobujamy się po sklepach, a co tam.
Musimy trochę odpocząć.

- O, chodźmy do maka - wskazała palcem.
- Spoko.

Usiedliśmy w wolnym stoliku.

- Słuchaj, może jutro wyjedziemy do Katowic?
- No, w sumie. Nieźle, może być, no ale ja powoli tracę już nadzieję, przepraszam... - oczach Sary pojawiły się łzy.
- Proszę, nie płacz. Może zrobimy tak: jutro pojedziemy do Katowic i jak jej tam w ogóle nie znajdziemy to damy sobie święty spokój.
- No dobrze.



* Megan *

Znajduję się w Galerii Katowickiej.
Jutro zamierzam iść do Silesi.
A no i zrobię sobie kolczyka.
A gdzie? Myślę nad dwoma dziurkami w jednym uchu, a lip ringiem.
W sumie to nie chcę sobie oszpecić ust, to wybiore to pierwsze.
Za godzinę mam autobus do noclegu, na szczęście mam niedaleko.
Jeszcze pójdę do Claire's.
Wybiorę sobie kolczyki.
Do wyboru jest ich milion.
Boże, chyba zakochałam się w tym sklepie.
A biorę "skrzydła Anioła".
Teraz kieruję się na przystanek.

* 30 min. temu *

Jestem w pokoju. Mam już igłę i cytrynę.
Kładę się na łóżku, z tyłu ucha daję przekrojoną na pół cytrynę, a z przodu igłę.
Robię na 3.
1...
2...
3...

- Ał - poczułam ukłucie i działanie cytryny.

Ale fajnie piecze.
Drugą dziurkę zrobiłam tak samo.
Boję się iść do lusterka, ale #yolo.

Weszłam do łazienki.
I uśmiechnęłam się do swojego odbicia.
Dziurki wyszły dobrze. Nie jest źle.
Teraz, jak jestem już w łazience to zmyję makijaż.
Po demakijażu poszłam na łóżko i kombinowałam na telefonie. Fejs i te sprawy.

* Sara *

O 10.00 mamy pociąg do Katowic.
Zajedziemy tam o 13.00.
Właśnie idę z Maksem po schodach do peronu.
Czekamy 5 minut i wsiadamy.
Zajmujemy przedział i te nudne 3 godziny jedziemy.

* 3 godziny temu *

Jesteśmy na dworcu PKP.
Wychodzimy z pomieszczenia.
Zakochałam się.
Moi znajomi mieli rację.
Katowice to piękne miasto.
Kierujemy się na przystanek, który jest za 5 min.
Sprawdzamy rozkład.

- Ej może na dobry początek dnia, pójdziemy do Galerii?
- No spoko.

Ciekawa jestem czy rzeczywiście jest taka duża jak w Złotych.
Dotarliśmy do miejsca.

- O maj gad! - powiedziałam z zadowoleniem.
- O, nie.
- Co?
- To drugie Złote. Będziemy się znowu gubić co 5 minut.

Spojrzeliśmy na siebie i wybuchnęliśmy śmiechem.

- To co robimy? - spytałam.
- Może poszukajmy maka, bo zgłodniałem.
- Okej, haha.

Pogadaliśmy, pośmialiśmy się, wszystko ładnie. Tylko, co z Megan?

* następnego dnia *

* Megan *

Jestem przed budynkiem Galerii Katowickiej.
Dziś zamierzam wstąpić do Silesi.

Pzechodzę przez ulicę, normalnie rozglądam się na lewo i prawo. Spojrzałam jeszcze raz na lewo i popatrzałam na chodnik.
Czy ja dobrze widzę?
Czy tylko mam jakieś schizy?
Czy tam rzeczywiście stoją Sara i Maks?

Chwila.
A jednak...
to oni.

Po chwili usłyszałam trąbienie samochodu. Odwróciłam się i poczułam ból.
Poczułam jak auto zaczyna się zderzać z moim ciałem.

- Megan! - usłyszałam ostatni głos.

Nastaje ciemność w moich oczach...




* * *

Witam moich czytelników! 
Odrazu przeproszę za to, że nie ma obrazków, ale obiecuję, że wstawię. 
Oczywiście, kiedy będę miała taką możliwość.
Ten rozdział miał być wyjątkowy.
Narazie robię sobie przerwę od pisania, ponieważ mam dużo nauki.
Myślę, że w święta jakieś, czy ferie, napiszę coś.
No dobrze, to...
DO ZOBACZENIA!
I DZIĘKUJĘ ZA MOTYWACJĘ <3 <3

czwartek, 27 sierpnia 2015

5

*opowieść wciąż jest pisana z perspektywy Maksa*





Zakochałem się. 
Było tak pięknie.
Piękne chwile z nią.
I tylko z nią.
Czemu zniknęła?
Co się stało?
Muszę ją odnaleźć.
Cierpię.
Cierpię, gdy jej nie ma.
Nie radzę sobie.
Niech mnie nie zostawia.

* godzina 12.35 *

Muszę jej poszukać.
Nie wiem, gdzie mieszka.
Muszę się spotkać z Sarą.

"Sara? Musimy się spotkać. Dziś, za godzine na przystanku." - wysłałem SMS-a.

"Okej. Postaram się wyrobić"- po chwili odpisała.

* godzina później *

- Cześć! - przywitałem rudowłosą kobietę.
- Hejka. To, co robimy?
- No jak to co? Szukajmy jej.
- Tylko... gdzie?
- Wiesz gdzie mieszka?
- No tak.
- Zaprowadź mnie tam.

Dochodzi godzina 14.00. Jesteśmy prawie u Megan.
Sara zapukała do drzwi.
Drzwi otworzyła nam pani, po 30, na oko może miała 38 lat. Była brunetką z zielonymi oczami.

- Dzień dobry! - przywitała nas z uśmiechem. Aż chce się żyć.
- Dzień dobry. Czy zastaliśmy Megan? - spytała Sara.
-Yhmm... Nie, wyszła bardzo wcześnie, chyba około czwartej. 
Nie pytałam jej, gdzie idzie i kiedy wraca - odpowiedziała z zakłopotaniem, chyba rzeczywiście nie wie gdzie jest.
- Właśnie jej szukamy - powiedziałem, to tak szybko, że nawet nie wiem, czy coś powiedziałem.
- No i... chcielibyśmy wejść do jej pokoju, poszukać jakichś wskazówek - dokończyła jej przyjaciółka.
- Rozumiem. Yhm, proszę. Wchodźcie. Na górze i po lewej - wskazała nam drogę.

Pokój miała lekko otwarty. Był jasny z ciemnymi elementami. Okno było szeroko otwarte.
 Firanki dosłownie latały.Szukamy wskazówek.
Na jej biurku znajdujemy dwie kartki. Jedną biorę ja, a drugą Sara.

" Nikt mnie nie znajdzie. Osoby, które są jak bracia i siostry znają drogę. " - przeczytałem na głos
.
" Zapomnij. Zapomnij. Zapomnij o mnie. Jestem gdzieś daleko. Za granicą. Czy ktoś mnie usłyszy? " - zaczęła płakać.




- Odnajdziemy ją.
- Czuję się bezradna. Taka niczyja. Czuję jakby ktoś mi powoli wbijał nóż w żołądek. Czuję, że powoli umieram.
- Co?! Nie mów tak. Nie płacz. Proszę, nie płacz.
- Sorry, muszę ochłonąć.

Wybiegła z pokoju jak tornado.

* godzina 16.16 *

Myśli o mnie.
Ja to czuje.
Ja to wiem.
Czuję tę więź między nami.
Ona też to czuje.
Musi czuć.
Myślę. Bardzo mnie zastanawia to, czy rzeczywiście wyjechała.
Za granicą?
Granica.
Granice można przekroczyć.
Może zażyła czegoś i...




Co?!
O czym ja w ogóle myśle?
Bzdura!
Nie zrobiłaby czegoś takiego.
Nie. Nie. Nie jest do tego zdolna.
Nie. Nie mogłaby.
NIE PO PROSTU NIE.
N I E.
Wyrzuć to z głowy, debilu!
Okej. Zadzwonie do Sary.
Po 3 sygnałach odebrała. 

- No cześć - przywitałem się.
- Hej - szlochała
- Jak myślisz? Gdzie mogłaby być?
- Kiedyś opowiadała mi, jak to fajnie byłoby pojechać do Los Angeles. Zrobić kariere, głupie rzeczy i to co nastolatkowi przyjdzie do głowy.
- A coś poza tym?
- Mówiła też o Warszawie, Katowicach i Krakowie. Ale wątpie w to, żeby pojechała do Krakowa.
- Najpierw pojedźmy do Warszawy. Jutro pakujemy się, a po jutrze wyruszamy! Szykuj się.

Rozłączyłem się.
Za godzinę pójdę spać.Jeszcze poszukam jej na fejsie. 
Ale nagle zawibrował mi telefon. Nieznany numer na wyświetlaczu.
Waham się.
Dobra, odbiore.

- Dobry wieczór. Z tej strony mama Megan. Wiecie co z nią?
- Dobry wieczór, proszę pani. Jeszcze nie, narazie ustalamy gdzie mogłaby być.
- Dzwoniłam do niej z pięć razy, ale nie odbiera.
- Może ma wyłączony lub rozładowany telefon.
- Może. Nie wiem, czy zgłaszać sprawę na policje. No, ale co im powiem? Widziałam, że córka wychodzi?
- Radzę, żeby pani nie dzwoniła. Poradzimy sobie z Sarą. Po jutrze wyjeżdżamy jej poszukać.
- No dobrze. Dziękuję. Dobranoc! - rozłączyła się.


Nie chciałem panikować... 
Ale co, jeśli jej się coś stało? 
Nie odbiera.
Co z nią? 



poniedziałek, 24 sierpnia 2015

4

* godzina 16.01 * 

Zdecydowałam. Wychodzę.
Słuchawki w uszach. 



Muzyka: Kid Cudi - Pursuit Of Happiness (Steve Aoki Remix)
Już dochodze do przystanka. 
Wsiadam w autobus i zauważam go na tyłach. 
Siadam obok niego.

- Cześć! - odzywa się z pełnym optymizmem, entuzjazmem i ogólnie z bananem na twarzy. 
Tak jakby nic nie było. Podaje mi rękę. 

Odwracam się i patrze tym swoim wzrokiem,
 chcę mu dać do zrozumienia, że nie mam humoru.
Biednemu chłopaczkowi szybko banan zszedł z twarzyczki. 
Odruchowo podrapał się w kark. 

Okej, wysiadamy.
Ani myśle, odzywać się do niego. Idziemy w totalnej ciszy. 
Ja prowadzę, bo ja znam okolice.
Omijamy lasy, krzaki, słychać szelesty. Ale to mi się podoba.
Spojrzałam na sekundę na niego - miał smutną minę.





* 15 min. temu * 

Jesteśmy na miejscu.

- Proszę, to tutaj - odzywam się pokazując rękami odludzie. - Idziemy tam - wskazuje palcem na ławki otoczone drzewami i krzakami i różnymi zielonymi roślinami. Usiedliśmy.

- Co? Odjęło Ci mowę? - mówię tonem spokojnym, ale zaraz się wkurzę. 

Wzruszył ramionami. 

- Jestem strasznym dupkiem. W oczach miał łzy.
- Ej! Powiedzieć Ci coś? 

Przybliżyłam się. Nie mam zamiaru mu coś powiedzieć, ale wyznać mu to co czuję.
I samo poszło. Pocałowaliśmy się. Nie wytrzymam już dłużej.

- Słuchaj... Ja już tak dłużej nie mogę. Ja... 

Nie dał mi dokończyć i tak przez dłuższy czas rozpierała nas przyjemność.

- Czuję coś między nami... Tę chemię. Chcę być kimś więcej niż przyjacielem, 
jeśli mogę się tak nazwać- powiedział to tak, że go przytuliłam.
- Czuję to samo, dłużej nie mogłam tego tłumić w sobie. Złapał mnie za rękę.
- Zróbmy coś wyjątkowo szalonego - uśmiechnął się i zerwał z ławki.
- Ej, gdzie idziesz?! 





Płakałam ze szczęścia. Biegliśmy przez centrum miasta i wszędzie. Ludzie się dziwnie gapili. Byłam tak cholernie szczęśliwa. 

- Jestem szczęśliwy - powtarzał to każdej napotkanej osobie czy parze. A oni się uśmiechali. 

Pierwszy raz od lat jestem taka szczęśliwa.
Zatrzymałam się. 




- Goń mnie! - krzyknęłam i pobiegłam do najbliższego lasu.
- Wiem gdzie jesteś! - znalazł mnie i przytulił.

Dobiła godzina 19.00.

Jeszcze nigdy taka szczęśliwa nie byłam jak przez te pare godzin.
Ciesze się jak głupia.

- Meg, musimy lecieć.
- Okej, ale ten dzień był...
- Niesamowity, prawda?
- Tak! Zdecydowanie tak!

* godzina 20.55 * 

Cały czas myślę o tym. O nas, o tym, co się między nami wydarzyło i o tym, 
co będzie dalej.
Ale przed naszym spotkaniem... 
obmyśliłam sobie plan. 
Mój plan.
 Plan, który musi wypalić.

*Maks*




Obudziłem się z myślą o niej.
Pomyślałem, że zadzwonie.
Wyciągam telefon spod poduszki i wybieram numer Megan.
Nie odbiera. Dzwoniłem kilka razy i nic.

* godzina później * 

Weszłem na fejsa.
Megan była niedostępna. Zaprosiłem do znajomych Sarę - przyjaciółkę z tego, co mi wiadomo.
Przyjęła odrazu. Napisałem wiadomość:

" Cześć! Nie wiesz gdzie Megan się podziewa? "

*Sara pisze...*

" Hej. Nie wiem co z nią. Znikła. "

Ta wiadomość wstrząsnęła mną totalnie.
Znikła?
Bez żadnego znaku życia?
To wydaje się być dziwne...



© moment for me... 2012 | Blogger Template by Enny Law - Ngetik Dot Com - Nulis