poniedziałek, 30 listopada 2015

8

*Megan* 

Obudziłam się. Leżałam w łóżku.
Jeju, ale piękny sen miałam.
Właśnie sobie aż przypomniałam, że jutro mają mnie wypisać, no i akurat jutro są urodziny Sary.
Hot siedemnastka.

Czuję wibracje.
Oh, zapomniałam.
Zasnęłam z telefonem na brzuchu.
Zaglądam w ekran.
Wyświetla się napis
"Sara dzwoni".
Naciskam zieloną słuchawkę
.
- Halo? - odzywam się pierwsza.
- No cześć! - krzyknęła do słuchawki, że aż musiałam rzucić telefonem.
Kiedy go znajduje, przykładam go do ucha.
- No. Co tam? Dzięki tobie prawie mój telefon zaginął.
- Haha! Nie ma za co! Słuchaj. Myślałam, że śpisz. Ale to dobrze, że już się obudziłaś. Akurat z Maksem byliśmy w Biedronce i wracamy z zakupów i wpadliśmy na pomysł, że odwiedzimy cię po drodze.
- O to super. To wiecie ja idę się ogarnąć.

Weszłam do pomieszczenia, tzw. "łazienka". 
Umyłam twarz. 
Ogarniało mnie szczęście. 




Wyszłam z łazienki i ujrzałam w drzwiach Sarę z Maksem. 
Maks trzymał bukiet róż i reklamówki.
Sara się uśmiechała.

Oboje podeszli do mnie. 

- To dla mnie? - spytałam Maksa.
- Nie. Widzisz tę pielęgniarkę w rogu? - wskazał palcem.
Wciąż się uśmiechał i miał w oczach szczęście.
Przytaknęłam.
- To dla niej - dokończył.

Po chwili wszyscy płakaliśmy ze śmiechu.
Po czym wręczył mi piękny bukiet róż i dał mi buziaka.

- Zapomniałeś? Nie lubię róż.
- Jak to? - zrobił smutną minę.
- Ale kocham twoje dołeczki.
Uśmiechnął się.





Sara wyciągnęła z reklamówki Żubrówkę.

- A to też dla mnie, prawda?
Specjalnie machnęłam włosy ręką.
- Nie. Dla ciebie specjalnie kupiłam... - sięgnęła do reklamówki.
Wyciągnęła Piccolo.
- To! - krzyknęła prawie.
- Ach, nadal pamiętasz... Wtedy na tej imprezie u Grubego (tak, to przezwisko), co się upiłam Piccolo.

Maks nie wytrzymał i zaczął się śmiać.





- A właściwie, co my tu jeszcze robimy? Megan? - odezwał się Maks.
- Tak?
- Zapomniałaś?
- O czym?
- Dzisiaj cię wypisują, głuptasku - tym razem odezwała się Sara.
- Ale jak to?!
- Lekarz stwiedził, że nie potrzebnie będą cię tu przetrzymywać, więc powiedział nam, byśmy zrobili ci niespodziankę - Maks uścisnął mnie.
Po chwili zorientowałam się, że idziemy do wyjścia.
I nie, wcale mnie nie puścił. 
Nosił mnie aż do wyjścia.

- Maks, proszę. Moje jelita nie lubią masaży.,.

*jutro, godzina 18.01*




- Co puścić? - spytała Sara.
- Nie wiem, na pewno nie disco polo - odpowiedziałam.
- Dobra, a to może być?

Puściła fragment tego utworu:

- Tak.
- Dobra, to wezmę playlistę tego typu.

Impreza była udana, dopóki Sarze nie odbiło.
Tyle wypiła, że prawie nie mogła ustać na nogach.
Potem wysypała prochy na stół.


- Sara! Oszalałaś? - wrzasnęłam, bo inaczej się nie dało.
- Mała, weź se siana, hahaha - tylko tyle zdołałam usłyszeć.


Mamrotała jeszcze pod nosem różne dziwne rzeczy.
Problem w tym, że nic nie rozumiałam.

Poza tym próbowałam jakoś zniszczyć te prochy,
ale ona miała duży zapas...

Po chwili wciągnęła zawartość leżącą na stole.


- Boże, Sara! Głupia jesteś?!
- Tylko nie to... przecież ona zaraz odleci - usłyszałam Maksa, jest nie dobrze. Mówi głosem przerażenia.
- Zróbmy coś! Nie wiem dokładnie, co to za prochy, ale być możliwe, że amfetamina.
- No tak, tylko, że jeszcze pójdzie za to siedzieć...

- To chyba lepsze to niż... - otrząsnęłam się i spojrzałam na stół.





Dotarło do mnie, że przecież nie mogła tak szybko ucichnąć,

a tym bardziej zasnąć.
- Sara? - poklepałam ją po policzku.


Nie ruszała się, więc potrząsnęłam nią.
Z oczu zaczęły mi lecieć łzy.

I to cholerne uczucie zaczęło narastać.
Uczucie bezradności.
Uczucie gniewu, nienawiści do samej siebie.

- Sara?! Proszę, powiedz, że żyjesz...


Maks był oszołomiony.


- Jezu, nie... Zadzwoń po pogotowie! SZYBKO!



*kilka godzin później*


 Dochodzi do 22.00.
Właśnie rozmawiamy z lekarzem.


- Niestety, wasza koleżanka, spożyła zbyt dużą ilość alkoholu i przedawkowała z amfetaminą. Czekamy na dalsze wyniki. Jej organizm nie wytrzymał... - mówił lekarz, a ja nie mogłam dłużej tego słuchać. Nie!


Wybiegłam z płaczem na ulice i zaczęłam się drzeć.


- Sara! Dlaczego? - ledwo wymamrotałam.


Maks przybiegł i siłą zaciągnął mnie do auta.
Tak, miał już prawo jazdy.
Ja nie chciałam widzieć go nawet.
Wyrywałam mu się z rąk, ale to nic nie dało.
Był silniejszy ode mnie.





Miałam ochotę:
rozpłakać się,

wysypać prochy,
dużo Mocarza,
dużo amfetaminy,
kokainy,
innych chemikaliów,
pociąć się,
najlepiej w wannie,
krew mnie uspokaja,
albo zasnąć,
wziąć dużą dawkę
leków nasennych...

I właściwie zadałam sobie pytanie: ,,Po co to wszystko?"

Zamiast się zabijać, idiotko

Powinnaś raczej coś robić.
Odmienić się.

Przestać brać.
Skłaniać ludzi do dobrego.
Ale nie, bo ja oczywiście ich nienawidzę.
Z pozoru niby miła,
a tam w środku wykluwa się
coś...
- Puść mnie!
- Nie! Jedziemy do twojego domu.



I od tego dnia wszystko się zmieniło...
Wszystko było inne.
To nie ja.
Teraz jestem już tylko kimś innym.
Kim?
Tego jeszcze nie wiem.







2 komentarze:

  1. O matko genialny rozdział! Końcówka jest smutna ale napisana tak cudownie że biję brawa naprawdę! Oby tak dalej!
    Trzymasz w takiej niepewności że ja już chcę kolejny czytać! ;**

    OdpowiedzUsuń
  2. Strasznie smutno mi się zrobiło pod koniec :(
    Mam nadzieję, że wszystko wróci do normy...
    Tak mnie zaciekawiłaś, że muszę w tej chwili iść czytać dalej! :*
    -K.

    OdpowiedzUsuń

© moment for me... 2012 | Blogger Template by Enny Law - Ngetik Dot Com - Nulis